Raporty

Amerykański poker

– Rząd Prawa i Sprawiedliwości przedstawia sojusz z USA jako alternatywę dla współpracy z francusko-niemieckim tandemem kierującym UE. Postawienie „całej puli” na prezydenta Trumpa może okazać się dla Polski kosztowną iluzją – prezentujemy artykuł Adama Balcera, kierownika projektu polityka zagraniczna WiseEuropa, który ukazał się 18 grudnia 2017 r. na łamach Rzeczpospolitej.

Rekonstrukcja rządu w połowie kadencji jest świetną okazją do gruntownej refleksji nad znaczeniem relacji transatlantyckich w polityce Polski. Obecne relacje Polski z Niemcami i Francją są z różnych przyczyn najgorsze od 1989 r. Warszawa znalazła się także w bezprecedensowym konflikcie z Komisją Europejską i Parlamentem Europejskim z powodu demontażu państwa prawa. Rząd polski w bezprecedensowym stopniu pozycjonuje relacje z USA w opozycji do Berlina i Paryża.

 Co więcej, rząd w Warszawie twierdzi, że Polska stała się najbliższym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych (np. minister Antoni Macierewicz) ze względu na ideologiczne braterstwo PiS z prezydentem Donaldem Trumpem. Wydaje się, że jednak rząd w relacjach z USA nie liczy sił na zamiary oraz opiera się na nietrafnej interpretacji charakteru relacji USA z Europą, szczególnie Francją i Niemcami. Postrzeganie przez polską elitę rządzącą prezydentury Trumpa jako amerykańskiej wersji „dobrej zmiany” także sugeruje, że mamy do czynienia z bardzo uproszczonym obrazem skomplikowanej amerykańskiej rzeczywistości.

Ideowe braterstwo?

Politycy PiS zareagowali entuzjastycznie na wynik wyborów w Stanach. Premier Szydło stwierdziła, że „zwyciężyła demokracja i to wbrew propagandzie”. Była premier oceniła, że prezydentury Trumpa obawiają się „przede wszystkim elity”, a protestują „środowiska mające poczucie utraty wpływów”. Według Szydło „ten wybór jest częścią szerszego zjawiska na scenie politycznej świata. Niektórzy nazywają to dobrą zmianą”.

Rzeczywiście, pomiędzy Trumpem i PiS istnieją znaczące podobieństwa ideologicznie. W politologii są one oceniane jako narodowy populizm. Trump różni się jednak wyraźnie od PiS w sferze światopoglądowej (stosunek do homoseksualistów i aborcji) i nie mniej zdecydowanie w wymiarze ekonomicznym (kwestia pomocy socjalnej). Największym błędem PiS może okazać się przekonanie, że w USA naprawdę dokonuje się „dobra zmiana”. Natomiast w ciągu roku swej prezydentury Trump nie podjął żadnej decyzji, którą można by porównać z kluczowymi „reformami” podjętymi w Polsce w ramach „dobrej zmiany”.

Pole manewru prezydenta USA jest ograniczone. Rządzi federacją tworzoną przez stany o dużo większej podmiotowości niż polskie samorządy. Nie kontroluje w pełni własnej administracji, a co dopiero Partii Republikańskiej. Jego popularność po roku rządów spadła do rekordowo niskiego poziomu (ok. 35 proc. pozytywnych ocen, blisko 60 proc. negatywnych). Silny niezależny wymiar sprawiedliwości stawia kolejne poważne oskarżenia byłym współpracownikom Trumpa z jego najściślejszego kierownictwa. Według amerykańskich komentatorów prawdopodobny staje się nawet scenariusz impeachmentu. Afirmowanie przez PiS prezydenta Trumpa, bardzo skonfliktowanego z demokratami, a nawet sporą częścią kierownictwa Partii Republikańskiej, wymaga także postawienia pytania o groźbę poważnego ochłodzenia polsko-amerykańskich relacji, jeżeli w Białym Domu zasiądzie demokrata wrażliwy na kwestię trójpodziału władzy.

PiS po wizycie Trumpa, który w odróżnieniu od Obamy unikał w trakcie pobytu w Warszawie krytyki „dobrej zmiany”, jest przekonany, że może liczyć na jego poparcie w sporach z UE dotyczących demontażu państwa prawa. Polski rząd wydaje się nie dostrzegać jednak podziałów wewnętrzn administracji Trumpa. Wystarczy przypomnieć, że Departament Stanu wyrażał kilkakrotnie krytyczne opinie na temat polityki wewnętrznej w Polsce, w tym kilka dni temu najbardziej stanowczo po nałożeniu kary przez KRRiT na TVN.

Silni, zwarci, gotowi

Polska od ponad 25 lat postrzega USA jako głównego gwaranta swojego bezpieczeństwa. Cała elita polityczna popiera wzmocnienie potencjału obronnego Polski, zakładając, że stanie się ona dzięki temu bardziej atrakcyjnym partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Polska we wrześniu 2017 r. przyjęła nawet bezprecedensowy plan zakładający zwiększenie udziału wydatków obronnych w PKB do poziomu 2,5 proc. w 2030 r. Jednak relacja między zwiększeniem nakładów i wzrostem potencjału obronnego nie jest prosta i oczywista. Według raportu „Ocena stanu realizacji planu modernizacji technicznej na lata 2013–2022. Sukces czy porażka?”, opublikowanego pod koniec października 2017 r., opracowanego przez emerytowanych polskich generałów pomimo głośnych zapowiedzi program modernizacji polskiego wojska jest mocno opóźniony i te opóźnienia mogą wzrosnąć. W kluczowych programach praktycznie nie ma szans na dostawy przed 2022 rokiem. Ocenę tę potwierdza coroczny raport prestiżowego Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem, który uznał, że w 2016 r., po raz pierwszy w historii III RP, rzeczywiste wydatki na obronność zmniejszyły się w porównaniu z rokiem poprzednim (z 38,5 mld PLN do 36,8 mld PLN).

Od zwiększenia wydatków nawet ważniejsze jest efektywne wydawanie pieniędzy, co najlepiej można zmierzyć nakładami na zakupy nowego sprzętu i modernizacji używanego. Niestety, udział polskich zamówień wojskowych w całym budżecie obronnym od lat pozostaje na niskim poziomie w porównaniu z wieloma członkami NATO. Także współpraca polsko-amerykańska w przemyśle obronnym pozostaje na poziomie poniżej potencjału i potrzeb Polski. W latach 1991–2016 Polska kupiła broń od USA o wartości nieco przekraczającej 2 mld USD. Przypadek Grecji pokazuje skalę słabych wyników Polski w modernizacji sił zbrojnych we współpracy z USA. W latach 1991–2016 Grecja kupiła od Stanów broń wartą 9,5 mld USD. Tymczasem w połowie ubiegłego dziesięciolecia maksymalne roczne wydatki wojskowe Grecji były zbliżone do obecnego budżetu obronnego Polski.

Efekt końcowy jest taki, że potencjał militarny Polski w NATO (mierzony ilością nowoczesnego uzbrojenia) można określić jako słabszy niż dziesięciu innych państw członkowskich, w tym Grecji, Holandii i – w dużym stopniu – Norwegii, czyli krajów o znacznie mniejszym budżecie obronnym niż Polska.

W sferze bezpieczeństwa Polska oczekuje od USA przede wszystkim jak największego zaangażowania w Europie Wschodniej. Dla Waszyngtonu jest to jednak region trzeciorzędny w wymiarze bezpieczeństwa. Dużo ważniejszy jest w tym kontekście Daleki i Bliski Wschód. Polska ma w obu przypadkach bardzo niewiele do zaoferowania. Niemal zupełnie nieobecna jest natomiast w naszym kraju świadomość, że w sferze bezpieczeństwa najważniejszym sojusznikiem Waszyngtonu nie jest dzisiaj Londyn, lecz Paryż. Po USA Francja ma największe wydatki na obronę w NATO (niemal 56 mld USD w 2016 r., ponad sześć razy więcej niż Polska), największy potencjał militarny (trzeci arsenał atomowy na świecie), infrastrukturalny (bazy w różnych częściach świata) oraz rozwinięty przemysł obronny. Francja ma także najlepsze źródła wywiadowcze w świecie arabskim i Sahelu (obszar położony wzdłuż południowych obrzeży Sahary – red.).

Walka z islamistycznymi grupami terrorystycznymi stanowi natomiast główny obszar współpracy między Francją i USA. Paryż wspiera w tej wojnie Waszyngton kilkoma tysiącami żołnierzy.

Dwustronna współpraca obejmuje regularne wzajemne korzystanie z lotniskowców i baz w Afryce i Azji. Dla administracji Trumpa ważne jest także, że Francja i USA mają podobne obawy dotyczące asertywnej polityki Chin na Dalekim Wschodzie – chińskich prób ograniczenia wolności żeglugi morskiej. Dzięki francuskim bazom na Oceanie Indyjskim i Pacyfiku, które są zintegrowane z szerszym planowaniem wojskowym USA, Francja stała się jedynym europejskim krajem, na którym Amerykanie mogą polegać w przypadku napięć na Dalekim Wschodzie.

Modernizacja z USA przeciw Niemcom?

Od polskich polityków nierzadko możemy usłyszeć, że nasza gospodarka wymaga dywersyfikacji poprzez zwiększenie relacji ekonomicznych z krajami pozaeuropejskimi. Współpraca ta ma także zapewnić skok modernizacyjny Polski. Jednym z najważniejszych partnerów Warszawy powinny być Stany Zjednoczone. Niestety, USA odgrywają ograniczoną, znacznie poniżej potencjału tej współpracy, rolę w polskiej gospodarce. Udział USA w handlu towarowym polskim nie przekracza 3 proc. Choć nominalny PKB Belgii jest równy polskiemu, to wolumen handlu belgijsko-amerykańskiego jest czterokrotnie większy niż w przypadku relacji polsko-amerykańskich. Obroty w handlu między Polską a Stanami rosły też w ostatnich latach znacznie wolniej niż z niektórymi innymi ważnymi dla nas partnerami, m.in. Niemcami. Polsko-amerykański handel usługami jest bardzo ograniczony. Po 1989 r. Polsce nie udało się także przyciągnąć większych amerykańskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Co gorsza, według Narodowego Banku Polskiego udział USA w bilansie BIZ zmniejszył się między 2010 i 2016 r. z niemal 6 do 2,5 proc. Dla porównania udział Niemiec w polskim handlu wynosi 25 proc., zaś w bilansie inwestycyjnym zbliża się do 20 proc.

Jednak, w opinii Jarosław Kaczyńskiego, współpraca ekonomiczna z Berlinem prowadzi Polskę w ślepą uliczkę (pułapka średniego dochodu) oraz tworzy neokolonialną zależność, ograniczającą polską suwerenność. Warto sobie wyobrazić, w jakiej kondycji po 27 latach od zmiany ustroju byłaby gospodarka Polski, gdyby naszym sąsiadem były np. Włochy, a nie Niemcy.

Poprzez globalne powiązania Polska jest zintegrowana z gospodarką amerykańską w ogromnej mierze za pośrednictwem Niemiec. W efekcie ewentualna wojna handlowa między USA i Niemcami byłaby szczególnie bolesna dla Polski. Z tego powodu wyrażana przez niektórych polityków PiS sugestia wzmocnienia związków Polski z USA dzięki pogorszeniu relacji amerykańsko-niemieckich przypomina samobójcze podcinanie gałęzi, na której się siedzi.

Na szczęście wojny handlowej najprawdopodobniej uda się uniknąć, gdyż skala amerykańsko-niemieckiej współpracy ekonomicznej jest tak wielka, że jej zerwanie byłoby naprawdę kosztowne zarówno dla Niemiec, jak i dla USA. Obie strony zaczęły już wysyłać koncyliacyjne sygnały. Związki ekonomiczne Polski z Niemcami są tak silne, że próba ich gwałtownego ograniczenia miałaby katastrofalne skutki dla naszej gospodarki. Droga do globalizacji i dalszej modernizacji polskiej gospodarki prowadzi poprzez równoległe zacieśnienie relacji dwustronnych z krajami pozaeuropejskimi, w tym z USA, i integrację ze strefą euro, a poprzez nią z Niemcami. Gospodarka naszych zachodnich sąsiadów jest jedną z najbardziej zglobalizowanych dużych gospodarek na świecie. Ten scenariusz niestety brzmi dzisiaj jak fabuła powieści political fiction.

Adam Balcer jest współautorem raportu „Germany, Poland and the future of transatlantic community” wydanego przy wsparciu Fundacji Konrada Adenauera.